Wielki powrót – podsumowanie 2019

Projekt bez tytułu (8)

Skończył się rok 2019, co przyniósł dla dziennikarstwa, w tym śledczego? Jaki będzie 2020? Poniżej kilka słów podsumowania.

Nadchodzi dekada dziennikarstwa śledczego – podsumowanie Ani:

Rok 2019, kończący dekadę, to wielki powrót dziennikarstwa śledczego w Polsce i na świecie. Powrót do korzeni, ale w nowym wydaniu, z nowymi narzędziami i technikami, a przede wszystkim – otwarciem na współpracę, umożliwiającą pokonywanie granic geograficznych i językowych.

Ostatnie dziesięciolecie w Polsce zaczęło się od katastrofy smoleńskiej, która podzieliła kraj na dwa wrogie obozy. Cztery lata później afera taśmowa doprowadziła do upadku rządów PO, a w 2015 r. władzę zdobył PiS i przystąpił do przejmowania kolejnych instytucji państwa. W ciągu ostatnich czterech lat Polska spadła w rankingu wolności słowa Reporterów bez Granic z pozycji 18., którą miała w 2015, na miejsce 59. Ostatnie lata były pod wieloma względami bardzo trudne dla dziennikarstwa w ogóle, a śledczego szczególnie. Duże redakcje, tnąc koszty, rezygnowały z czasochłonnych form dziennikarstwa, ważne historie tonęły w gąszczu nieistotnych newsów albo w politycznej wojnie. Dziennikarze, ujawniający niewygodne historie, stawali się obiektem ostrzału ze strony polityków i wspierających ich mediów.

A jednak udowadniają, że w trudnych warunkach są potrzebni jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Nie tylko w Polsce – węgierski premier Viktor Orban w ciągu ostatniej dekady niemal zlikwidował niezależne media, a jednak małe, niezależne organizacje (zwłaszcza Atlatszo i Direkt36) niemal codziennie ujawniają i opisują nadużycia rządu i jego otoczenia. W całym tzw. regionie wyszehradzkim pozycja krajów w indeksie RSF spada, dziennikarze są brutalnie atakowani przez polityków i mimo to wykonują świetną robotę.

Rok 2019 w Polsce obfitował w ważne historie śledcze – od filmu braci Sekielskich, przez materiał Superwizjera TVN o kamienicy Mariana Banasia, po teksty onet.pl o kontraktach PFN. Reporterzy ujawniali kulisy dezinformacji, w tym kampanie prowadzone pod egidą ministerstwa sprawiedliwości (onet.pl), po siatkę kont związanych z rosyjską propagandą (Oko.press) i farmę trolli działającą na zapleczu polityki i biznesu (Fundacja Reporterów i Newsweek).
W ostatnich latach dziennikarstwo śledcze na świecie wymyśliło siebie na nowo, znalazło sposób by trwać, wyjść z kryzysu i się rozwijać. Dzisiaj ton nadają mu takie „pozamainstreamowe” organizacje jak Bellingcat, ICIJ czy OCCRP. O ich sile stanowią trzy elementy: współpraca międzynarodowa (cross-border journalism), narzędzia open source i konsekwencja w tropieniu historii, nawet w tak dramatycznych okolicznościach jak morderstwo dziennikarzy (śmierć Daphne Caruny Galizii i Jana Kuciaka).

Dziennikarstwo śledcze do długiej listy tematów musi dopisać katastrofę klimatyczną. Jak można się za to zabrać pokazała wyjątkowa praca kanadyjskich dziennikarzy i studentów, którzy prześledzili poziomy ołowiu w wodzie pitnej.

Jest co robić. Życzmy sobie końca dekady przetrwania, a początku dekady dziennikarstwa śledczego. Owocnego 2020!

Dostęp do informacji publicznej – podsumowanie Beaty: 

Mam nadzieję, że to był rok, w którym jako dziennikarze daliśmy odbiorcom wyraźny sygnał – może wyraźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej – o tym, jak ważny jest dostęp do informacji publicznej i jak ograniczanie go może prowadzić do patologii w funkcjonowaniu różnych instytucji publicznych i podważać zaufanie do nich. Ten wyraz daliśmy na konkretnych przykładach, gdy dla stworzenia materiałów wykorzystaliśmy ogólnodostępne dokumenty (albo gdy te dokumenty – na bazie istniejącego prawa – wyciągnęliśmy), ale i na tych, w których takich dokumentów nie ma, a co za tym idzie – jest morze niedopowiedzeń, wątpliwości, czasem ukrytych patologii. Gdyby nie oświadczenia majątkowe, może sprawa kamienicy Mariana Banasia nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. To właśnie one stały się przyczynkiem do śledztwa Bertolda Kittela w “Superwizjerze” TVN/TVN24 i dziesiątek materiałów, które powstały po nim. Gdyby nie dokumenty pozyskane na zasadzie dostępu do informacji publicznej, politycy nadal pewnie lataliby rządowymi samolotami w sposób wręcz niepohamowany. I gdyby nie wyszarpywane prawo do informacji, zarobki w NBP dalej byłyby tajemnicą poliszynela. Mam nadzieję, że nasi czytelnicy, widzowie i słuchacze są tego świadomi. A może nawet udało nam się ich zachęcić, by sami sięgali do choćby oświadczeń majątkowych polityków (np. po opisaniu przez “Gazetę Wyborczą” sprawy działek premiera Morawieckiego) i o informację publiczną występowali, tak w sprawach hiperlokalnych, jak i centralnych? Jeśli nie, to warto to wpisać jako plan na 2020 rok (i warto pamiętać też o takich organizacjach jak Watchdog Polska, ePaństwo, Mam Prawo Wiedzieć, które w tym obszarze robią kawał dobrej roboty i mogą być naszymi partnerami w walce o większą transparentność życia publicznego). 

A sobie samym do kajetów warto też wrzucić, żeby w walce o dokumenty, które nam się zgodnie z prawem “po prostu należą”, nie ustawać. Nie poddawać się, gdy przedłużają terminy, gdy piszą o informacji przetworzonej, gdy twierdzą, że nie bo nie. 2019 to kolejny rok, w którym wielu dziennikarzy walczyło o to, by jak najwięcej się dowiedzieć o finansach i efektywności działań Polskiej Fundacji Narodowej, i w większości – bądźmy szczerzy – ponieśli porażkę. Nie dlatego, że nie było chęci i umiejętności, nie dlatego że zawodził nos, ale dlatego, że oficjalnych dokumentów nie ma, uporczywie odmawiają udostępnienia, nie bo nie. Mam nadzieję, że nie odpuszczą. W tym temacie udało się Andrzejowi Stankiewiczowi, bo wykorzystał prawo amerykańskie, zmuszające prywatne podmioty do przejrzystości.

Życzmy sobie, by i u nas było jej więcej. 

Bez ściemy – podsumowanie Wojtka:

Koniec jęków i rytualnych zaklęć o biedzie dziennikarstwa śledczego. Jest dobrze. Moc truchleje, za trudnymi tematami biegają coraz młodsi koledzy, z roku na rok ich przybywa. Źli ludzie – w każdym razie ci, których tropią koledzy – nie mogą się czuć do końca bezkarni. I dobrze.  

Gdy myślę o roku 2019 przed oczami mam dokument „The great hack”, film o kulisach dezinformacji, który Netflix wypuścił latem. Jedna z głównych bohaterek to dziennikarka Carole Cadwalladr, która po Brexicie odkryła, że wprowadzające w błąd reklamy na Facebooku mają wpływ na to, jak głosujemy. Że można bezkarnie manipulować wyborcami w sieci, a giganci z Doliny Krzemowej mają w nosie i nas, i demokrację, którą demontują.

Lubię ten film bo pokazuje, że jako obywatele i dziennikarze jesteśmy ogłupiani przez algorytmy. Jak wygląda dziś walka z dezinformacją w Europie? Wszyscy wiedzą o manipulacjach przy Cambridge Analytica czy wyborach w Katalonii, ale co w tej sprawie zrobiły wielkie platformy? Nic. Facebook (ten sam, który ukrywa własne algorytmy), aby się wybielić po aferze z Cambridge Analytica i wyborami w USA, finansuje dziś fact-checkingowe, dziennikarskie  grupy. Twitter? Zawieszanie hejterskich kont to jeszcze nie odpowiedzialność. Google? Szkoli dziennikarzy, kusi grantami, w rzeczywistości głównie dba o swój wizerunek. Giganci z Doliny Krzemowej sprywatyzowali demokrację – a lekko postrzelona Carole Cadwalladr ma odwagę mówić im to prosto w oczy.

Mam nadzieję, że w 2020 roku będziemy bardziej odporni na ściemę i oszustwo. Lekkiego postrzelenia i odwagi.